Mała Metropolia – Andora – sierpień 2026

Andorra la Vella – stolica państwa. Taka mała metropolia. Dość kompaktowa. Jest tu trochę przewyższeń, które komplikują poruszanie się wśród wąskich ulic. Na szczęście są windy i one dużo ułatwiają. Góry wokół miasta tworzą trochę przytłaczającą atmosferę, bo wydaje się jakby miały zaraz na to wszystko runąć. Czuję respekt do tych przestrzeni nade mną, ale wkrótce je ujarzmimy.

Droga od przystanku autobusowego „Val del Madriu” (1238 m n.p.m.) prowadzi na rozwidlenie w opuszczonej osadzie Entremesaigües. Idziemy po kamiennej, nierównej ścieżce, która powoli wznosi się ku górze. Mijamy opuszczone zabudowania, które znajdują się na tym rozwidleniu i kierujemy się w stronę Farga del Madriu. Dookoła nas przebiegają po kamieniach małe jaszczurki, głośno szumi strumień i w takiej atmosferze zachodzimy do schroniska Ràmio. Młody człowiek na krótko wdaje się z nami w rozmowę i dowiadujemy się funkcjach tego miejsca. Chwilę odpoczywamy, patrząc na pasące się konie. Napełniamy butelki źródlaną wodą i ruszamy dalej. Słońce grzeje, ale nie jest bardzo gorąco. Chłodny wiatr wieje znad gór. Roślinność powoli się przerzedza i dochodzimy do Farga del Madriu. Ruiny tej starej manufaktury żelaza w szumie strumienia skrywają swoje tajemnice. Dawne życie odeszło, a kamienne budynki ugryzł znacznie czas. Zostawiamy to miejsce w zadumie i po chwili wychodzimy na pastwiska głośno dzwoniących krów, które z doczepionymi u szyi dzwonkami z pasją wgryzają się w górską trawę. Z tępą ciekawością odprowadzają nas na ostatnie tego dnia podejście. Teraz jest najbardziej stromo. Dojście do przełęczy Maiana (Collada de la Maiana, 2426 m n.p.m.) zabiera nam trochę czasu i sił. Przez podmokłe tereny oraz wysokie trawy dochodzimy do pustych przestrzeni gdzie witają nas świszczące świstaki, a jeden nawet wychodzi nam na spotkanie. Niebo zachodzi chmurami i zrywa się silny wiatr. Przełęcz Maiana osnuta jest ponurością. W oddali majaczą wysokie ściany Pirenejów, a my zaczynamy naszą drogę powrotną w dół. Gdy dochodzimy do schronienia Perafita słońce za chmurami zaczyna chylić się ku zachodowi. Wchodzimy w gęstwinę leśną i po nierównej, stromej, kamiennej ścieżce powoli wchodzimy w ciemność. Ostatnie kilometry przechodzimy oświetlając latarkami przestrzenie przed nami, a wokół nas zaczyna żyć nocnym życiem las. Daleki głos sowy wyciąga nas z pirenejskich mroków na asfaltową ulicę oblaną światłem żółtej, jasnej latarni przy przystanku autobusowym „Val del Madriu”.

Transport publiczny w Andorze działa dobrze, ale trochę archaicznie. Ogólnie panuje w nim chaos informacyjny online i offline. Na głównych liniach bilety sprzedaje kierowca tylko za gotówkę. Linie gminne bywają darmowe. Głównym językiem jest tu kataloński i czasami jest on jedyną formą pozyskiwania informacji z pisma. Natomiast w rozmowach głównie słyszymy hiszpański. Wspomniana komunikacja zbiorowa zawozi nas m.in. do miejscowości Canillo, a tam udajemy się do dwóch miejsc:

  • Pont Tibetà de Canillo – wiszący most, który został wybudowany tylko po to, żeby zarabiać na siebie.
  • Mirador Roc del Quer – punkt widokowy z efektowną rzeźbą człowieka nad przepaścią.

Ostatnie godziny pobytu w tym małym, uroczym kraju spędzamy na największym tutejszym deptaku, który łączy miejscowość Escaldes-Engordany z Andorra la Vella. Jest on komercyjnym szaleństwem w kameralnym stylu na światowym poziomie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *