Zapach Benzyny o Poranku – Sajgon, Wietnam – listopad 2025

„Saigon. Shit. I’m only in Saigon.”*
Długi przespany poranek po około 30 godzinach podróży. Powoli wychodzimy na miasto. Historyczna nazwa Ho Chi Minh to Sajgon i w świadomości tutejszej i światowej społeczności ta druga wciąż obowiązuje. Niesamowite miejsce. Doświadczone kolonializmem, wojną, socjalizmem i kapitalizmem. Wszystko to dotyka cię na ulicy bardziej niż myślisz. Francuzi pozostawili po sobie architekturę i kuchnię, Amerykanie zniszczenie oraz dumę w Wietnamczykach (o której jeszcze wspomnę w dalszej części teksu). Socjalizm na pierwszym rzut oka nie jest widoczny. Jakieś plakaty z sierpem i młotem, Leninem i Hồ Chí Minh’em. Hasła o jedności i walce. Lecz to wszystko niknie na ulicach, które reprezentują swobodę i kapitalizm na pełnej kurtyzanie. Powrót Amerykanów do Sajgonu jest równie spektakularny jak ich ucieczka w 1975 roku. Ociekające luksusem wieżowce i domy handlowe. Światowe marki na każdym kroku, w tym wiele dawnego śmiertelnego wroga: Coca-Cola, 7-Eleven, McDonald’s, Apple itp. A pośród tego wszystkiego, na najniższym poziomie ulicy wciąż żyją w biedzie zwykli ludzie. Sporządzają jedzenie na chodniku, śpią, śmieją się i smucą. Żyją pomiędzy dwoma systemami, które mają ich gdzieś.

Fale skuterów przemierzają arterie miejskie w rytmie spalinowych silników. Tego nie da się zatrzymać. Trzeba z tym płynąć. Przejście przez ulicę to wyzwanie, ale można to ujarzmić. Wyciągasz lekko dłoń w stronę nadjeżdżającej fali i wchodzisz na jezdnię. Odczytując ruch pojazdów płyniesz po asfalcie stanowczo, ale z rozwagą obserwując cały czas sytuację. Otacza cię rzeka poruszających się pojazdów. One omijają ciebie, ty omijasz je. I tak to się kręci. Ulica za ulicą.

Wieczorne miasto to feeria świateł i dźwięków. Azjatycka impreza w światowych rytmach. Nad brzegiem rzeki Sajgon zbiera się młodzież i w oparach opowieści różnej treści łapie czas na wolne przeżywanie swoich młodych chwil. Dobiega stamtąd muzyka, której się tu nie spodziewałem. Deathcore w wykonaniu amerykańskiej formacji Lorna Shore w centrum Sajgonu to wyjątkowo groteskowe połączenie. Gdy przechodzimy na drugi brzeg rzeki mija nas statek z zespołem, który na żywo wykonuje piosenkę „Cheri, Cheri Lady” niemieckiego duetu Modern Talking. Dookoła nas tańczą światła neonów i ekstremalnie wielkich ekranów. Czuć w powietrzu dużą swobodę.

Jedziemy na prowincję. Wykupiliśmy jednodniową wycieczkę do dwóch miejsc, w których warto się zatrzymać na dłużej, ale w związku z tym, że jesteśmy w Wietnamie tylko trzy dni, to trochę nie mamy wyboru. Jest to dość ekstremalnie skondensowany czas na poznawanie historii i kultury tego kraju. A raczej jego południowej części. Pośród różnych mało istotnych rzeczy (przynajmniej dla mnie), które występują pomiędzy (rękodzieło, fabryka słodyczy itp.) pierwszym poważnym przystankiem są tunele Củ Chi rozbudowane przez partyzantów Vietcongu w czasie wojny z USA. Z jednej strony jest to atrakcja turystyczna, z drugiej miejsce okrutnych działań wojennych. Jesteśmy w tłumie turystów, nastroje są raczej lekkie, bo jednak czas zrobił swoje i z tej perspektywy dowiadujemy się w jak wymyślny sposób zabijały się nawzajem obie strony konfliktu. Mamy naprawdę dobrego przewodnika, który w wyjątkowo obrazowy sposób opowiada do jakich rzezi tu dochodziło. Przejście tymi tunelami to naprawdę niesamowite doświadczenie i teoretycznie jest to przygotowane dla przeciętnego turysty, ale i tak niektórzy nie dają rady… Schodzę po kilku schodach do zagłębienia w ziemi i wchodzę w pozycji kucznej do ciemnej nory. Jest duszno, gorąco i wilgotno. Do przejścia mam około 100 metrów. Co jakiś czas można się ewakuować na zewnątrz, ale wyzwanie to wyzwanie. Idzie się stale kucając. Nie da się wyprostować ani iść na jakimś zgięciu ciała. Czasem są to małe kroki, czasem szuranie nogami po podłożu. Przy zmianie poziomów można na chwilę stanąć i się wyprostować. I znowu kucanie. Jest też odcinek, którym idę bardzo nisko na czworaka, bo inaczej się nie da. Słabe światło pojawia się co kilka metrów. Robienie zdjęć podczas tego przejścia jest dość karkołomną rzeczą, dlatego nawet nie próbuję. Taka była codzienność partyzantów Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu Południowego w owym czasie. Były to swoiste miasta pod ziemią, a łączna długość samych tuneli to około 200 kilometrów. Te 100 metrów jest obowiązkową atrakcją, ale jest też możliwość dodatkowego przejścia tylko na czworaka około 40 metrów z bardzo małą ilością światła. Wchodzę w to, bo czego się nie robi dla przygody. Jest ciężko, ale daję radę, bo muszę dać radę… Strzelanie na strzelnicy ostrą amunicją z karabinka AK-47 doskonale dopełnia całość, ale jest to dość chaotyczne doświadczenie. I za bardzo nie można tego kontemplować. A szkoda. Brudni i zmęczeni ruszamy w stronę delty Mekongu.

Płyniemy łodzią motorową w delcie rzeki Mekong. Dookoła totalnie nieciekawe widoki. Następnie przesiadamy się na łódź zwaną sampan, którą prowadzi wiosłująca kobieta. Ona tu mieszka i z tego żyje, i raczej na pewno nie jest to jej wymarzona praca. Po kilkunastominutowym rejsie wysiadamy na ląd i robimy objazd po okolicy. Tu pojawia się fabryka cukierków, manufaktura czekolady i bimbru itp. Ogólnie ten nasz jednodniowy przejazd normalnie robi się w dwa dni, więc jest to dość ultraszybkie zwiedzanie. A raczej rekonesans i wiele rzeczy do nas nie dociera. Szkoda. Najwięcej chyba dowiadujemy się podczas przejazdów busem od naszego przewodnika Davida (Big Handsome Dave). I chyba mamy szczęście, że na niego trafiliśmy, bo widać u niego pasję. Przekazuje rzeczy w zrozumiały sposób, jest bardzo komunikatywny, ma duże poczucie humoru i dystans do siebie. Dwie ciekawostki o mieszkańcach Wietnamu, które mnie w szczególny sposób zaintrygowały:

  • Francuzi umiejętnie nauczyli ich nienawiści do siebie. Do tej pory występuje niechęć pomiędzy północą a południem.
  • Nie lubią swoich sąsiadów, a Chińczyków nie znoszą w szczególności. Między innymi dlatego, że nienawidzą komunizmu.

Ten socjalizm wietnamski jest bardzo specyficzny. Sami to widzimy dookoła. I możliwe, że inny ustrój może się tutaj na razie nie sprawdzić z powodu natury samych Wietnamczyków. Są oni dumni ze swojego kraju. Szczycą się swoją kuchnią i tym, że jako jedyni pokonali Amerykanów. A tak naprawdę to wszyscy, którzy chcieli podbić ten kraj musieli się liczyć z ogromnymi problemami. Do chwili obecnej utrzymywane są wizy wjazdowe dla większości narodów, które walczyły po stronie USA w ostatniej wojnie. Bo trzeba o tym wspomnieć, że jej skutki są do tej pory widoczne w tutejszej społeczności.

Sajgon, dzień trzeci. Miasto i tylko miasto. Jego blaski i cienie. Pałac Niepodległości to swoista kapsuła czasu. Wjazd czołgów armii Północnego Wietnamu przez jego bramy w dniu 30 kwietnia 1975 roku zakończył symbolicznie II wojnę indochińską (wojnę amerykańsko-wietnamską). W jego wnętrzach oglądamy wyposażenie z lat 60. i 70. Taka polityczna podróż w czasie. Następnie zachodzimy do Muzeum Pozostałości Wojennych. I tu zaczyna się jazda bez trzymanki. Oczywiście narracja jest jednostronna i nie ma tu nic o zbrodniach Północnego Wietnamu, natomiast to, jakimi metodami walczyli tutaj Amerykanie jest dokładnie udokumentowane i trzeba dobitnie napisać, że ta wojna to było nieludzkie napierdalanie. Drastyczność zdjęć oraz opisów ścina białko w oczach i wrażliwe osoby po zapoznaniu się z tymi materiałami mogą zwymiotować (rozczłonkowane przez bomby ciała, deformacje od broni chemicznej itp.).

Obecnie Sajgon jest miastem bardzo przyjaznym. No może poza ruchem ulicznym, bo to wciąż Sajgon. Jest to kawiarniany raj z setkami miejsc, w których możemy się napić kofeinowego płynu na wiele sposobów. Wietnam jest drugim na świecie producentem kawy i ta kawa tutaj głaszcze zmysły ultra przyjemnością. Do tego kuchnia wietnamska pieści podniebienie tysiącami smaków. No i trzeba wspomnieć też o szerokiej ofercie wysokiej jakości piwa rzemieślniczego. Mieszkańcy Sajgonu są przyjaźni, pomocni, otwarci i komunikatywni. Aczkolwiek bywają natrętni. Język angielski to normalność. Cyfryzacja jest tu wysoko rozwinięta, Internet mobilny jest tani, płatności kartami i rozdzielanie rachunków są oczywistością. Ogólnie Wietnam to tani kraj i czasami zastanawiam się, czy naprawdę zapłaciłem za coś tak mało. Sajgon wciąż się rozwija. Tętni życiem. Komunikacja miejska jeszcze nie jest tym, czym powinna być, bo to właściwie początek jej drogi. Pierwsza linia metra została oddana do użytku w grudniu 2024 roku, więc pachnie nowością. Ale to obowiązkowa rzecz dla tego miasta, bo inaczej udusi się w zanieczyszczeniach, które obecnie są ogromne. A ja i tak zamierzam tu wrócić, bo to miejsce w jakiś groteskowy sposób mnie zauroczyło.

*Cytat z filmu „Czas Apokalipsy” (1979, reż. Francis Ford Coppola).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *