Jedna Wyspa, Dwie Dżungle – Penang, Malezja – listopad 2025

George Town na wyspie Penang w Malezji założyli Brytyjczycy. To była ich brama do podboju Półwyspu Malajskiego. Zarządzali tym miastem od 1786 roku do czasów po II wojnie światowej, kiedy to kolonie w tej części świata zaczęły się buntować i w rezultacie za pomocą różnych procesów uzyskiwać niepodległości. Tak też było z Malezją. Dzisiaj George Town to miasto z aspiracjami. Jego centrum jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Natomiast cały obszar metropolitalny jest drugim co do wielkości w Malezji zaraz po Kuala Lumpur. To również drugi po Kuala Lumpur najbardziej rozwijający się ośrodek przemysłowy wysokich technologii.

Nasze pierwsze dwa dni to standardowe penetrowanie historycznego centrum miasta. Widzimy zmiany na lepsze od naszej ostatniej wizyty dwa lata temu. Więcej rzeczy jest uporządkowanych i odnowionych, ale to wciąż kropla w morzu potrzeb. Najbardziej potrzebny jest tu wydajny transport miejski, bo obecnie miasto to dusi się od samochodów. Przekłada się to m.in. na problematyczne poruszanie się po nim na piechotę. Chodniki nie istnieją lub są zastawione autami albo zablokowane przez ogródki gastronomiczne. Ale i tak lubię to miejsce, bo ma przyjemny klimat, przyjaznych mieszkańców i bardzo dobrą kuchnię. Docierają tu raczej świadomi turyści spoza tej części świata i raczej jest ich mało. Przeważają przyjezdni z okolicznych krajów oraz samej Malezji. Przechodzimy przez stare kolonialne centrum mijając lokale gastronomiczne o różnym standardzie. Co jakiś czas kameralne kawiarnie zachęcają do wejścia. Charakterystyczna sztuka uliczna w postaci murali i drucianych instalacji jest leitmotivem wąskich uliczek. Dawne nadmorskie dzielnice chińskiej biedoty stały się atrakcjami turystycznymi. Tam wciąż mieszkają nie najbogatsi, ale przystosowali się do sytuacji i część z nich zarabia na tym, że jest atrakcją, a druga część próbuje żyć normalnie. Ceremonia pogrzebowa wśród turystów robiących sobie selfie z drona jest dość specyficznym doświadczeniem. Imperium Brytyjskie pozostawiło tu po sobie wiele, ale to Chińczycy nadają klimat tej wyspie i George Town. Procentowo jest ich tu więcej niż Malajów. Taka specyfika tego miejsca.

Kek Lok Si to największy buddyjski kompleks świątynny w Malezji oraz ważny ośrodek pielgrzymkowy Azji Południowo-Wschodniej. Jego budowa zaczęła się pod koniec XIX wieku. Znajduje się na przedmieściach George Town zwanych Ayer Itam. Przechodzimy przez labirynt różnej wielkości świątyń, gdzie świętość łączy się z komercją. Tylko tutaj nikt nie bawi się w podchody i oficjalnie sprzedaje się chińskie plastikowe badziewie. Aczkolwiek zdarzają się ładne rzeczy. Najczęściej są to figurki Buddy w różnych wersjach i wielkościach. Natomiast żeby zobaczyć jego oryginalne święte posągi trzeba przejść przez wnętrza bogato zdobionych świątyń i tutaj jest naprawdę majestatycznie. Te rzeźby tutaj mają dla mnie niesamowitą aurę spokoju. Mogę je kontemplować godzinami.

Penang Hill to najwyższy masyw górski wyspy. Jego najwyższy wierzchołek ma 833 m n.p.m. Wjeżdżamy tam funikularem, który został uruchomiony w 1923 roku. Ma prawie 2 kilometry długości i przechodzi przez najbardziej stromy tunel na świecie. Na samej górze znajdują się tereny rekreacyjne w tym „The Habitat” – rezerwat biosfery. Tutaj zaczynamy oddychać bardzo świeżym powietrzem. Idąc przez zachowany fragment lasów deszczowych, dotykamy przyrody bardziej niż zwykle. Natomiast widoki ze wzgórza są dość kapryśne, ponieważ mamy duże zachmurzenie i czasami pada nam na głowy deszcz. No, ale w końcu jesteśmy w lesie deszczowym, więc mogliśmy się tego spodziewać.

Penang National Park – kawałek dżungli w północno-zachodnim rogu wyspy. Mamy do przejścia 3600 metrów w jedną stronę. Jest gorąco i wilgotno. Wąski szlak wije się wśród bujnej roślinności. Czasami to wydeptana ścieżka, czasami pokręcone korzenie wystające z błotnistego i śliskiego podłoża. Nie ma dużych przewyższeń, ale bywają strome podejścia i zejścia. Wokół słychać życie dżungli. W ciemnym gąszczu czają się dzikie stworzenia. Czasami naszą trasę przecinają wartkie strumienie. W końcu dochodzimy do Pantai Kerachut. Jest to plaża, na której znajduje się Centrum Ochrony i Informacji o Żółwiach oraz jezioro meromiktyczne. Mało spektakularne miejsca, ale sama plaża bardzo przyjemna. Oddalona od siedzib ludzkich, z pełną infrastrukturą biwakową i ratownikami. Niestety, obecnie woda jest tutaj niezdatna do kąpieli z powodu jadowitych meduz, które złowieszczo krążą po okolicy i polują na swoje ofiary. Więc, siedzimy na plaży, patrzymy na horyzont i delektujemy się nicnierobieniem, a czas mija niezauważalnie.

Na Penang spędzamy sześć dni. Malezja i ta wyspa działa na mnie bardzo pozytywnie. Malezyjczycy to wyjątkowo serdeczny naród. Ich drugim językiem jest angielski, ale gdy słyszą jak próbuję mówić po malajsku (pozdrowienia i podziękowania), to pojawia się na ich twarzach szczery uśmiechu i od razu stają się jacyś tacy bardziej serdeczni. Najlepsze jest to, że oni są w tym prawdziwi. Nie robią tego, żeby ci coś sprzedać czy cię oszukać. Odkrywając tę wyspę, odkrywamy prawdziwą Azję. Mamy tu mieszankę kultur i religii. Chińczycy, Malajowie, Hindusi. Buddyści, muzułmanie, hinduiści, chrześcijanie. No i kuchnia. Z prawie każdego zakątka Azji. Nie do przerobienia w te sześć dni. Wspomnę tylko, że durian nie jest taki straszny i można go okiełznać na wiele sposobów oraz deser cendol dobrze podany skradnie niejedno oporne podniebienie. Ceny jedzenia w Malezji są niższe niż w Polsce. Tylko alkohol jest droższy, bo to jednak kraj muzułmański i nie ma tu jakiejś szczególnej tradycji jego picia, ale jest ogólnodostępny.

Pogodę o tej porze roku mamy różną. Na pewno jest wyjątkowo gorąco (powyżej 30°C), wilgotno i od tego nie ma ucieczki. OK, jest ucieczka, ale bywa zdradliwa. Malezyjczycy przesadzają z klimatyzacją i bywa to zabójcze dla organizmu. Czasami spotykamy deszcz, lecz raczej nie jest on uciążliwy. Penang jest idealnym miejscem do niespiesznego i bezstresowego podróżowania. Ruch na drogach jest w miarę uporządkowany – przestrzega się przepisów, ale też czasami mocno je nagina. Cenę benzyny pozostawiam bez komentarza: 2,60 MYR za 1 litr to około 2,30 PLN. Dlatego wszędzie jeździmy taksówkami korzystając z aplikacji Grab. Używam jej również do płacenia w miejscach, gdzie nie akceptują kart płatniczych. Takich punktów jest tutaj bardzo mało, ale są. Rozwój technologiczny jest mocno zauważalny i wciąż wchodzi na wyższy poziom. Obecnie na Penang budowana jest linia lekkiej kolei miejskiej, która połączy m.in. historyczne centrum z południowym krańcem wyspy, gdzie znajduje się port lotniczy oraz budowana od zera Silicon Island (Wyspa Krzemowa), na której mają mieć swoje siedziby firmy high-tech. Tymczasem nasz pobyt w Malezji kończymy odwiedzając grób założyciela George Town (był to niejaki Francis Light) oraz wjeżdżamy 68 piętro najwyższego budynku wyspy (Komtar). I na pewno tu wrócimy, bo jest jeszcze tyle rzeczy do odkrycia, zobaczenia i zjedzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *